niedziela, 5 kwietnia 2015

Moja prawda o świętach.

Witajcie,
Piszę dzisiaj, bo właśnie siedzę sama na mieszkaniu. Z wyboru. Oczywiście od piątku do dzisiejszego poranka przebywałam w domu rodzinnym. Wiadomo, Wielkanoc. Nie wiem jednak jak Wam, ale mi święta kojarzą się z przymusowym przebywaniem wśród rodziny, nawet tej której się nie darzy sympatią. Wielu z Was pewnie zastanawia się, jak to przymusowe przebywanie? Jak to nie darzy się sympatią rodziny? Otóż tak. Tak właśnie jest w moim wypadku. Niestety, albo i stety. Chodzi o to, że ja już od 16 roku życia, tj. 2007 roku nie czuję świąt. Nie czuję ani tego klimatu, ani zamieszania wokół Wielkanocny czy też Bożego Narodzenia. Jednym z tych powodów jest to, że jestem ateistką od właśnie tamtego czasu. Neguję istnienia jakiejkolwiek siły wyższej i nadprzyrodzonej czy to bóg, duch, czy też wampir. Dlatego też święta dla mnie są takie jak każdy inny dzień tygodnia, z tym że na moje nieszczęście sklepy są pozamykane, bary czynne tylko w drugie dni takich świąt. Nie powinno tak być, nie każdy obchodzi tego typu święta. Nie chodzi mi już o tych niewierzących, ale też że tak to określę - "innowierców". Wolę zdecydowanie siedzenie samej, słuchanie muzyki, oglądanie filmów. Denerwuje mnie ta fałszywość w składaniu życzeń, bo tak na prawdę niewielu osobom życzy się wszystkiego najlepszego, wesołych, szczęśliwych świąt itd. Takich ludzi, którym życzy się dobrze można wymienić na placach jednej ręki, a jednak wiadomości na facebooku, czy też posty, i sms, które otrzymujemy są przepełnione tymi życzeniami i wydaje nam się, że to jest miłe. Taki utarty schemat świąt tych kościelnych czy chociażby imienin lub urodzin.
Ja osobiście do tego typu rzeczy podchodzę z rezerwą, pewnie zbyt dużą. Ogólnie mieszkam na wsi, ale od pół roku wynajmuję z koleżanką mieszkanie i dobrze nam się mieszka, do domu zjeżdzam raz lub dwa w miesiącu i to mi wystarcza, bo w rodzinnym domu czuję się jak intruz, a w tych wynajmowanych czterech ścianach jak u siebie. Dziwne, nieprawdaż? Ale może to kwestia tego, że od kilku lat kontakt z ludźmi z którymi kiedyś przebywałam na codzien się urwał. Z mojej hmm winy? Nie. Z mojego punktu widzenia tak jest lepiej, bo kiedy ludzie chcą się z Tobą spotkać bo fajnie się z Tobą bawi na różnego typu imprezach i pije masę alkoholu, a kiedy nie ma jednego lub drugiego, to oznacza ze nie są ludzie, których potrzebujesz w swoim życiu i którzy gdy zajdzie potrzeba pomogą Ci z problemami. Stąd też ja z takimi ludźmi przestałam się widywać i na prawdę wyszło mi to na zdrowie. Dużo bardziej wolę posiedzieć samotnie i porozmyślać niźli rozmawiac o pierdołach z ludźmi którzy tak długo są przy Tobie jak zachowujesz się tak jak oni tego oczekują. To samo z moją rodziną.
Jeszcze gdy miałam te 16, 17 lat chodziłam do kościoła, bo musiałam, byłam na garnuszku, poza tym niepełnoletnia więc robiłam to czego ode mnie oczekiwano. Po skończeniu osiemnastki, symbolicznego wieku dorosości kiedy zaczyna się decydować o swoim życiu zaprzestałam chodzić do koscioła co niedzielę, a jedynie od wielkiego dzwonu zaczęły się sypać pytania i uwagi w tym temacie. Dlaczego? Przecież trzeba. Nie, nie trzeba. Ja nie odczuwam potrzeby tam chodzić. Wtedy uważałam, że jestem pośrodku, tzw. nonteistka. Ale jednak w ciągu kolejnego roku mniej więcej do czasu matury uzmysłowiłam sobie, że ja nie wierzę i jest mi z ym dobrze. Mój tato jest wierzący, ale chodzi do koscioła dwa lub trzy razy do roku, jak dzisiaj. Bo Wielkanoc i za nic w świecie nie może pojąć tego że jego dwudziestoczteroletnia córka nie chce tam iść bo nie czuje tego, nie wierzy w to wszystko i pojawiła się w domu tylko dla świętego spokoju. Jednak do kościoła iść muszę, bo każą. Tak więc byłam na 6 rano, zjawiłam się po procesji około 6.20 i godzinę później wyszłam. Stałam przed kościołem, a koło mnie byli ami mężczyźni ze srdnią wieku 30+. I zastnawiam się dlaczego owi mężczyźni przyszli tam. Stałam sama, a oni w grupkach po kilka osób i rozmawiali głośno, nawet księdza nie było słychać. Kilku z nich w przeciągu tej godziny wyszlo jeszcze na praking na papierosa. Po co zatem ta wizyta w kosciele? Ja poszłam dla spokoju mojego taty i chociaż jednego dnia bez pretensji co do mojego zachowania w tej materii. Ale ci mężczyźni? Mający własne rodziny, będący panami swojego losu bo już kompltnie nie są zależni od nikogo prócz samych siebie, co oni tam robili, kiedy tematy ich rozmów nawet nie przeszły się koło świąt?
Trudno mi cokolwiek z takiego zachowania zrozumieć i chyba nie chcę. Co więcej, to właśnie dlatego uważam ludzi za bezmyślnych i do tego hipokrytów. Nie lubię ludzi, wolę być z boku. Wolę samotność niż otaczanie się kimś takim. Wolę nie pójść do kościoła z perspektywy moich przekonań, niż tak jak ci mężczyźni być tm by odbębnić co należało w ten dzień zrobić i powrócić do szarej egzystencji.

Female Robbery